Wednesday, July 26, 2017

Dwa i pół roku Małego Księcia!

Dwudziestego drugiego lipca nasz Mały Książę skończył dwa i pół roku. Takie pół-urodziny, hihi. :)

Zdecydowanie ściemniały mu włosy, chociaż jeszcze nie ma tak ciemnych jak my. Ściemniały mu też oczy, teraz są w sumie bursztynowe, z zielonymi środkami. Waży 15kg, wzrostu nie sprawdzałam (próbowałam, ale nie wyszło), ale ubranka nosi wciąż 92/98. Ostatnio byliśmy u fryzjera i pani fryzjerka obcięła go dużej krócej niż miała to zrobić, więc z niecierpliwością czekamy aż mu trochę włosy odrosną ;).

Jest bardzo szybki, biega jak rakieta. Wspina się trochę, ale najchętniej trzymając Mamusię (vide moi) za rękę. Woli biegać niż chodzić, niestety na ulicy jesteśmy jedną z tych rodzin, która kurczowo trzyma dziecko za rękę, bowiem wystarczy uchwyt poluzować, a on już biegnie przed siebie. Kocha biegać. Ale wie też, na szczęście, że przed ulicą, na żółtym chodniku, należy się zatrzymać ("yellow road - stop"), oraz co oznaczają światła: "red is stop and green is go!".

Ma też sporo różnych ulubionych rzeczy i są to bardzo wyraźne preferencje. Uwielbia piosenkę Bicycle Race (Queen) i często ją sobie podśpiewuje. Kocha... parmezan. Do tego stopnia, że potrafi wpaść w histerię, jeśli go nie dostanie ;). Uwielbia PJ Masks i Puffin Rock, ale ostatnio zainteresował się też bardziej Tygryskiem Danielem (Daniel The Tiger). Ma fenomenalną pamięć, co mnie ciągle zaskakuje.

Mówi głównie po angielsku, ale też do Babci zaczyna mówić po polsku, więc jest nieźle. A żeby było jeszcze było śmieszniej to w to wszystko wplątuje też poszczególne słowa po francusku, czyli np. zamiast powiedzieć "to jest tata", albo "this is daddy" to on mówi: "c'est tata" (czytaj: se tata"). Mówi bardzo dużo, budzi się rano i opowiada mi co mu się śniło :). Aczkolwiek, jeśli nie zna/nie pamięta/nie chce mu się powiedzieć jakiegoś słowa to wciąż opisuje wszystko kolorami i kształtami. Niektóre słowa są kompletnie wymyślone przez niego i nie wiem skąd mu się wzięły, jak np. kolor biały to "kuci" tudzież "kote". Pojęcia nie mam dlaczego. Nie mówi jeszcze głoski L, wiec kiedy mówi o sobie to mówi Joki (zamiast Loki, bo tak ma na imię). Gorzej kiedy mówi (po angielsku) coś o zegarku... (hihihi) i zamiast "clock" mówi "cock", hihi.

O sobie też mówi, że jest duży - "I'm biiiig!!!!", ale czasami się przejęzycza i wtedy wychodzi mu: "I'm GEEK" :D. Kiedy chce zrobić coś sam to woła do nas: "me, me, me, me!", ale zauważyłam ostatnio, że do Babci woła "ja, ja, ja!".

Tworzy zdania, w pierwszym odruchu napisałam, że krótkie, ale tak naprawdę to te zdania są coraz dłuższe, na przykład: "let's go a baba brum brum" (zamiast "do" lub angielskiego "to" mówi francuskie "a" ) ("chodźmy do samochodu babci"). "Let's go a wash ams" (chodźmy umyć ręce - to mówi po każdym posiłku i zawsze kiedy się ubrudzi :D ).

Z jedzeniem jest bardzo różnie. Odmawia jedzenia wszelakich zup i normalnie chyba zrobił mi ostatnio uprzejmość, bo zjadł pół talerza zupy kiedy pojechaliśmy do mojej Babci. Jego absolutnie ulubionym posiłkiem jest penne w sosie śmietanowo-serowym, oczywiście z parmezanem. W drugiej kolejności spaghetti z sosem pomidorowym. Uwielbia parówki sojowe, ale tylko śniadaniowe, classic mają dla niego za twardą skórkę i nie chce ich jeść. Na śniadanie je płatki czekoladowe z serkiem waniliowym, czasami dogryzie jeszcze kanapką (sukces: przestał wreszcie rozbierać kanapki na czynniki pierwsze). Lubi pizzę, zwłaszcza domową :). Uwielbia pomidory. Ostatnio zaczął lubić też żółtko jajka (coś, co wcześniej było dla niego kompletnie niejadalne). Do niedawna bardzo lubił wszelkie placki i naleśniki - ale ostatnio jakoś mniej. Frytkami nie pogardzi NIGDY. :) Ale najchętniej to by się żywił parmezanem. I moim mlekiem (bo wciąż jest też na piersi).

Świetnie gra w MEMO (gramy kartami ze zwierzątkami z IKEI), ale ma problem z układaniem puzzli - nie wiem dlaczego, ale jakoś nie widzi w nich sensu. Nie wiem czy nie zdaje sobie sprawy, że puzzle tworzą większy obrazek? Nie ma dla niego znaczenia czy puzzle w ogóle do siebie pasują, jak nie pasują to po prostu kładzie jeden na drugi. Za to rysuje fantastycznie (tzn "fantastycznie jak na dwulatka"). Uwielbia bawić się wodą. Uwielbia spędzać czas ze mną, najchętniej cały czas mnie w jakimś stopniu dotykając :). Scenariusze jego ostatnich zabaw są głównie na jedno kopyto - coś się dzieje jakiejś zabawce (np samochód wpada w dziurę) i ta zabawka głośno woła na pomoc inną (np. wóz strażacki - łołoł) "HELP HELP HELP red łołoł, help!". Wówczas ja (albo inny towarzysz zabawy) musi tej biednej zabawce pomóc. I tak wiele razy pod rząd ;).

Ach, zapomniałabym :D. Jeździ na tygryskowym rowerku biegowym ("go a orange bicycle!") i oczywiście zawsze w kasku ("orange bicycle hat"). Bardzo to lubi :). Chodzimy z nim na pobliskie boisko gdzie nie musimy go cały czas łapać i może się wyjeździć i wybiegać do woli :).

Ma też swój tablet (w sumie od dawna) i ma do niego dostęp kiedy chce. Ale to wcale nie znaczy, że siedzi non stop przed ekranem, bo głównie woli inne aktywności :). Dopiero kiedy jest zmęczony, znudzony, albo źle się czuje - to wybierze iPada. Częściej gra w coś niż ogląda kreskówki. Gry (dostosowane do jego wieku) rozgryza błyskawicznie i nawet jak dostanie kompletnie nową to już po minucie-dwóch wie dokładnie o co chodzi i co trzeba robić. Najczęściej gra w gry Sago Mini, ale jego ulubionymi aplikacjami są appki edukacyjne i muzyczne. Uwielbia grać na różnych instrumentach, zwłaszcza na pianinie (również realnym, bo od swojego Dziadka dostał na urodziny piękny i wielki keyboard Casio), uwielbia gry z alfabetem (Metamorphabet to jego ulubiona), z liczeniem (a właśnie, zna liczby do 10, a liczy (dodaje, odejmuje) póki co tylko do trzech) i z rysowaniem. Bardzo lubi też oglądać na YT filmiki Blippiego ;).

Śpi coraz lepiej, ewidentnie minęła ta faza z budzeniem się o północy czy o drugiej w nocy i niespaniem przez kolejne kilka godzin. W tym miesiącu zdarzyło się dosłownie dwa razy, za pierwszym razem bo miał zły sen, a za drugim razem pod naszymi oknami koty postanowiły sobie urządzić bójkę i były takie odgłosy, że Mały Książę kompletnie się rozbudził, więc bawiliśmy się do piątej rano. ;)

Losowe rzeczy, które mi się jeszcze przypomniały tuż przed publikacją postu:

Na podwórku często bawi się z trochę młodszą dziewczynką. 

Bardzo lubi robić zdjęcia :)).
Do rysowania i pisania używa wciąż obydwu rąk, chociaż mam wrażenie, że lekko preferuje prawą.
Robimy małe podchody z nocnikiem, ale jest na to jeszcze za wcześnie.  
Ma tyle energii...! Nie wiem skąd, doprawdy, ale jest po prostu wulkanem energii.
Wciąż ma jedną drzemkę w ciągu dnia, która trwa od 45minut do 2,5h.


Przykładowe rysunki:

Samochód:

Jabłko:

Tata:

Purple titi uuuhu - czyli fioletowy ptak-sowa


I kilka (tym razem dosłownie kilka) innych zdjęć:





Thursday, July 6, 2017

Myśli roztrzepane

Lato, lipiec, dzień powszedni. Jest upał, aczkolwiek nasz balkon ma dach, więc jest ładnie zacieniony; na bardzo delikatnym wietrze leniwie poruszają się liście naszego rododendrona . Przez cały dzień grają cykady, cyk cyk cyk cyk cyk, cykając swoje rozkoszne, miłosne piosenki... czasami towarzyszą im ptaki oraz ciche szumienie klimatyzacji. Jest wakacyjnie, leniwie, przyjemnie.

12:00! Ludzie wracają do domów, otwierają się okna, balkony, słychać szczęk naczyń, sztućców, a kilkanaście minut później gwar rozmów i dzwonienie widelców uderzających delikatnie o talerze. Dużo ludzi je na balkonach! Mój mąż też wraca z pracy, 12:15-12:20 pojawia się w drzwiach i kolejne półtorej godziny spędzamy razem, leniwie jedząc lunch (w gorące lato najlepiej sprawdzają się nam zimne sałatki na bazie makaronu) i oglądając serial.

Uwielbiam tą rzeczywistość z południa Francji, to jest jedno z tych wspomnień, które sprawiają, że teraz, będąc w Polsce, tęsknię za Francją bardzo, bardzo. :)

Friday, May 19, 2017

Nasza historia część siódma, czyli NeoNat w Cannes - Pierwszy miesiąc Małego Księcia !

Ostatnio pisałam o przewiezieniu Małego Księcia z Nicei do Cannes oraz o tym, że po przyjeździe dostaliśmy małe prezenty - wyprawkę ze szpitala w Nicei oraz Żabkę z odciskami stópek i zdjęciem na powitanie w szpitalu w Cannes - http://buszujacwefrancji.blogspot.fr/2017/03/nasza-historia-czesc-szosta-neonat.html .

Oddział neonatologiczny w Cannes jest zupełnie, ale to zupełnie inny niż olbrzymi oddział w Nicei. Przede wszystkim - bardzo kameralny, cały oddział to zaledwie cztery pokoje, a w każdym pokoju maksymalnie po dwa inkubatory/łóżeczka. Każdy pokój ma dekoracje tematyczne - w pierwszym jest dżungla, w ostatnim morze i plaża. W pozostałych dwóch nie wiem - bo nie byłam :).

Każdy rodzic dostaje swoją szafkę i kluczyk do niej, a szafka jest oznaczona imieniem dziecka do końca jego pobytu w szpitalu. Każde dziecko ma swoją pozytywkę i projektor, każda mama dostaje poduszkę do karmienia, która na czas pobytu dziecka w szpitalu oznaczana jest jego imieniem (aby było higienicznie). Wszyscy rodzice dostają wygodne fotele i krzesła, ponownie - na czas pobytu dziecka w szpitalu są one oznaczane imieniem dziecka.


Babcie i dziadkowie mogą wejść raz na tydzień, na krótko, a jeśli chcą zobaczyć dziecko na dłużej to jest specjalny pokój odwiedzin, z szybą po środku, rodzice z dziećmi po jednej stronie, dziadkowie po drugiej ;). Dlaczego takie dziwne zasady? Pielęgniarki stwierdziły, że doświadczenie ich tego nauczyło - dziadkowie, zwłaszcza babcie ponoć, zawsze mają dużo do powiedzenia i chcą udzielać rad itd itp, a to stresuje młode mamy. A jeśli mama jest zestresowana - to dziecko również... więc aby dziecku było jak najlepiej - młode mamy trzyma się z daleka od babć ;). W tym pokoju do odwiedzin, po stronie odwiedzających są również bardzo wygodne fotele, woda do picia oraz telewizor, który można sobie włączyć czekając aż rodzice z dzieckiem się pojawią.

Na oddziale znajduje się również pokój do karmienia oraz do odciągania mleka, jeśli ktoś nie chce karmić/odciągać "na widoku", w pokoju dziecka.

Zdjęcia z naszego pobytu (cztery tygodnie):








Pierwsze ubranka, które kupiliśmy dla Małego Księcia <3, rozmiar 000, ale na początku w nich pływał, takie były dla niego wielkie!







Pierwszy ból brzuszka Małego Księcia - kiedy został przekarmiony, o tym będzie poniżej. A tu chwyt typu "małpka na gałęzi" - pomogło natychmiast. :)







Loki w Cannes miał opiekę znakomitą. Pielęgniarki go lubiły, zajmowały się nim cudnie... Nocna pielęgniarka robiła mu masaże oliwką. Pieluszkę miał zmienianą co dwie godziny. Pielęgniarki mówiły do niego per "crevette" bo taki był malutki :). Przez pierwsze dwa tygodnie przychodziliśmy do niego razem, codziennie, od "po lunchu" aż do wieczora, kiedy to musieliśmy wracać do domu, bo tam już na mnie czekała pielęgniarka z zastrzykami (zastrzyki przeciwzakrzepowe miałam robione codziennie przez łącznie trzy tygodnie - tydzień w szpitalu i dwa tygodnie w domu). Przez pozostałe dwa Francuz mnie zawoził przed powrotem do pracy po lunchu i przychodził do mnie dopiero po pracy.

Co tydzień pielęgniarka miała mi też pobierać krew - ale, podobnie jak to było w szpitalu tuż przed wyjściem - nie dało się. Nie wiem czy moje żyły były zbyt zmęczone codziennym pobieraniem krwi w takiej ilości, przez ponad miesiąc, czy może były zmęczone kroplówkami - ale pierwszy raz po ciąży udało mi się pobrać krew dopiero trzy tygodnie po operacji. I tego samego dnia też zrobił mi się zakrzep. Pomimo cudownych pończoch uciskowych, które dostałam w aptece, robionych dla mnie na wymiar (śliczne, naprawdę, nikt by nie powiedział, że to medyczne - czarne, z przepiękną koronką, samonośne), pomimo zastrzyków przeciwzakrzepowych - puf, zrobił mi się zakrzep. To był okropny dzień. Wieczorem pojechaliśmy na ER, ale nie było już technika od USG i powiedziano, że jedyne co mogą zrobić to faktycznie przyjąć mnie do szpitala, zrobić mi wówczas USG bezpośrednio na oddziale - ale, żebym miała świadomość, nie będą mogli mnie wypuścić dopóki zakrzep nie zniknie. Zrezygnowałam. Zamiast tego poszłam do Małego Księcia, gdzie zostaliśmy do późnej nocy.

Dobrą stroną tego wydarzenia było to, że dzięki temu poznałam nocną pielęgniarkę, która nauczyła mnie masażu mojego maleństwa, poleciła mi też różne oliwki i kosmetyki. Poznałam też drugą nocną pielęgniarkę i to była jedyna pielęgniarka, której nie polubiłam, bowiem była bardzo ostra i nieprzyjemna w obyciu, również w stosunku do dzieci. Pocieszałam się tylko tym, że może po prostu miały zły dzień (noc) :).

Ten miesiąc z dala od Małego Księcia, jeżdżenie do niego tylko w ciągu dnia, wracanie wieczorem do domu, godziny odciągania mleka, próby uczenia Małego Księcia picia z piersi... teraz zaczynam już coraz mniej to pamiętać, ale wówczas to był dla mnie dramat, płakałam każdego wieczora, kiedy z zapadającym za oknami samochodu mrokiem wracaliśmy do domu. Bez Małego Księcia.

Jednakże moje odczucia moimi odczuciami - ale do szpitala nie mogę mieć żadnych zarzutów. Był wspaniały. Traktowali wspaniale mnie i mojego syna. Kiedy miałam mieć wizytę kontrolną u lekarza, moja lekarka przychodziła do mnie na oddział neonatologiczny. Wszyscy lekarze o mnie dbali, nawet jeśli nie byłam ich pacjentką. Wszyscy dbali cudownie o mojego Małego Księcia - włącznie z tym, że kiedy był już na tyle świadomy, że wiedział, że jest sam w pokoju i bardzo tego nie chciał (płakał) to dziewczyny brały go w łóżeczku do dyżurki. Żeby nie był sam :).

Za każdym razem kiedy dzwoniliśmy - udzielały nam spokojnie informacji. Opowiadały o wszystkich, co zjadł, ile zrobił kupek ;), jak się czuje, co robi. Czasami nawet w co go przebrały. Ba, nie tylko chętnie odbierały telefony by udzielić informacji, ale czasami też dzwoniły, żeby nam o czymś dodatkowo powiedzieć. Albo dzwoniły zapytać się za ile będziemy, by wiedzieć czy mają mu dać butelkę czy też poczekać na nas i na pierś - to już było kiedy Mały Książę nauczył się pić z piersi :).

A propos picia mleka z piersi - na samym początku kiepsko nam to wychodziło, próbowaliśmy nakładek, doradca laktacyjny przychodziła dość często, no, ale. Osobiście wydawało mi się, że po prostu mam za duże brodawki w stosunku do maleńkiej buzi Małego Księcia i on nie potrafi porządnie złapać, ale kiedy to na początku zasugerowałam to mi powiedziano, że raczej nie ma takiej możliwości. Po jakimś czasie jednak stwierdziłam, że muszę spróbować zupełnie po swojemu. Zamówiłam sobie własną poduszkę do karmienia (pisałam o niej TUTAJ) - My Breast Friend, zmodyfikowałam pozycję oraz zaczęłam trzymać brodawkę palcami, by ją trochę "zmniejszyć". Podziałało! I Mały Książę zaczął pić. Ponieważ jednak do tej pory słabo mu to wychodziło to akurat tego jednego dnia nie został zważony przed przystawieniem do piersi... no i puf, sonda poszła równocześnie, Mały Książę został przekarmiony i rozbolał go brzuszek. Właśnie tego dnia uczyłam się chwytu, który jest na zdjęciach (małpka na gałęzi). Od tej pory był ważony przed i po każdym przystawieniu do piersi :)))

Kiedy Mały Książę skończył pierwszy miesiąc - dostał do swojego łóżeczka karuzelkę, a także w ciągu dnia miał do dyspozycji kojec z matą edukacyjną :D.



Jak zwykle post będzie chaotyczny, bo jednak wciąż trochę ciężko mi o tym wszystkim pisać :). Teraz na przykład przypomniało mi się, że podczas pierwszych dwóch tygodniu pobytu, kiedy to jeszcze Francuz miał urlop (psycholog dała dwa tygodnie zwolnienia z pracy ze względu na stres towarzyszący wszystkim tym wydarzeniom) to kiedy ja kangurowałam Małego Księcia - Francuz nam czytał na głos różne książki. :)

**
O, znowu mi się przypomniało, że o czymś jeszcze nie napisałam: o szczepionkach. Ponieważ Mały Książę nie miał wtedy jeszcze podstawowych szczepień to szczepionką przypominającą zostaliśmy zaszczepieni my, rodzice.

O samym dniu wyjścia napiszę w kolejnej notce, bo to był ważny dzień :).
To tyle, do napisania! :)

Dwa lata i cztery miesiące



Dwudziestego drugiego maja Mały Książę będzie miał dwa lata i cztery miesiące :). Wow. Ależ ten czas pędzi!!!

Nie robię już co miesięcznych podsumowań, ale chciałam napisać słówko o rozwoju mowy :).
Był taki jeden dzień w kwietniu, kiedy to oboje z Francuzem mieliśmy kiepski nastrój, martwiliśmy się o dużo rzeczy jednocześnie i jednym z tematów do martwienia się była mowa Małego Księcia. Zastanawialiśmy się już czy nie byłoby dobrym pomysłem zabranie go do logopedy lub do psychologa, który być może stwierdziłby czy wszystko jest w porządku...
(To było miesiąc temu, więc miał wówczas 2 lata i 3 miesiące.)

Następnego dnia rano, dzień jak co dzień, szykując śniadanie pytam się Małego Księcia:
- What would you like for breakfast?
Szczęka mi opadła, kiedy usłyszałam:
- An apple mama, an apple and cheese.

To był naprawdę SZOK. Ot tak, znienacka, po prostu zaczął mówić. Mówi po angielsku ;). Niezależnie czy pytanie, na które odpowiada jest po polsku, angielsku czy francusku - on odpowiada po angielsku. Wszystko opisuje kolorami i kształtami oraz funkcją, buzia mu się nie zamyka - i to jest cudowne :D. Niektóre słówka nie są doskonałe, np. "red" brzmi jak "jed" (mimo, iż wcześniej mówił piękne RRRRR to teraz sprawia wrażenie jakby zapomniał jak się je wymawia), zamiast "blue sky" mówi "blue kej" :D. A ja nie mogę się przestać zachwycać. Nie zachwycam się jedynie, kiedy budzi się i mnie w środku nocy, po czym zaczyna machać do czegoś za moimi plecami (a przecież tam nic nie ma!) i mówi: "hey red! red am am? red go am am!" - czyli w wolnym tłumaczeniu ;) "Cześć czerwony! Czerwony, jesteś głodny? Czerwony idź zjedz!". Normalnie ciarki mnie przechodzą na samo wspomnienie tej sytuacji ;). Zaczyna podśpiewywać, a raczej nucić, bo słowa każdej piosenki to na razie "nananana" i "lalalala", ale tym też się zachwycam. Ja wiem, zwłaszcza z mojej cudownej grupy Mamusiowej na Facebooku, że niektóre dzieci w tym samym wieku to już od dawna prowadzą piękne i dowcipne dialogi z rodzicami, ale Loki dopiero zaczął swoją przygodę z mówieniem miesiąc temu. I jest pięknie! :)

Waga: 14kg
Wzrost: około 90cm, ale dokładnie nie wiem - głowa mu wystaje ponad blat w kuchni :D, rozmiar ubranek 92 i niektóre 98. Rozmiar buty 21/22. 


Wednesday, March 29, 2017

Nasza historia, część szósta - NeoNat reanimacyjne czyli NICU w Nicei

Poprzednia część naszej historii tutaj: KLIK

Nie wspomniałam w niej, że podczas operacji, podczas narodzin naszego Małego Księcia - nagle rozpętała się burza nad szpitalem. Potężna burza, z gradobiciem, z ogromnym wiatrem. Grad z całą siłą uderzał w okna i w ściany, robiąc potężny hałas, było dość strasznie :). Ale też burza trwała bardzo krótko - tylko od momentu rozpoczęcia operacji aż do wyjęcia Małego Księcia z mojego brzuszka.

Ulotka o NeoNat w L'Archet: KLIK

Kilka zdjęć ze szpitala, z tych ostatnich dni:








Oddział neonatologiczny w szpitalu L'Archet w Nicei był znakomity. Nawet nie wiem ile tam było sal - ale z całą pewnością całkiem sporo. W każdej sali było około 6 inkubatorów, każde dziecko miało swój regalik ze "swoimi" rzeczami, kremami, pieluszkami, czujnikami do zmiany itd itp, a w każdej sali znajdowały się też fotele dla rodziców. Bardzo wygodne fotele, z podnóżkami, poduszkami. Każda mama podczas wizyty u dziecka dostawała też poduszkę do karmienia, można było oczywiście zostawić "lovie" u dziecka - w postaci na przykład pieluszki tetrowej, z którą się spało. Kiedy niczego nie przyniosłam za pierwszym razem, bo nawet nie wiedziałam, że mogę, że powinnam - pielęgniarka dała mi pieluszkę z oddziału, napisała na niej imię Małego Księcia i na czas kangurowania miałam ją położyć na sobie, żeby przesiąkła moim zapachem, aby Mały Książę miał to na czas kiedy mnie na oddziale nie będzie. Moim zadaniem domowym było przygotowanie drugiej takiej pieluszki, i spanie z nią, a następnie dokonanie zamiany następnego dnia itd itp. Od tej pory przez pięć tygodni spałam z różnymi pieluszkami/maskotkami (bo potem zamieniliśmy pieluszkę na "lovie" //jak to się nazywa po polsku? taki przedmiot do kochania?// z żyrafką Sophie) pod ubraniem. Ponieważ w salach oddziału intensywnej opieki neonatologicznej światła były zawsze mocno przyciemnione, a żaluzje przymknięte to przy każdym inkubatorze była też lampka dla rodziców.

Przed wejściem na oddział należało zdjąć okrycie wierzchnie, biżuterię i zegarki, dla każdego rodzica była do dyspozycji zamykana na kluczyk szafka w szatni by zostawić rzeczy. Następnie należało najpierw umyć się mydłem antybakteryjnym i ciepłą wodą, a potem nałożyć jeszcze na dłonie żel z alkoholem. Trzeba było też założyć specjalny fartuszek (zdejmowany do kangurowania).

Ten post będzie bardzo chaotyczny, bo już widzę, że piszę go tak, jak mi się różne rzeczy przypominają :). Teraz na przykład, kiedy pisałam o kangurowaniu, przypomniało mi się jak któregoś dnia przyszliśmy a tam przy jednym z inkubatorów spał sobie wygodnie rozłożony w fotelu Tatuś, bez koszulki, a na jego nagiej piersi spało maleństwo. Cudny widok :).

Zespół, który tam pracował w 2015 roku to drużyna wspaniałych ludzi. Nie mogliśmy narzekać na nikogo, wszyscy byli znakomici i podchodzili do dzieci tak czule i z taką miłością, że wiedziałam wychodząc, iż zostawiam Małego Księcia w dobrych rękach. Do każdego dziecka podchodzono bardzo indywidualnie, z każdym spędzano czas... Już podczas drugiej wizyty (pierwsza jest opisana w poprzedniej notce) dostałam Małego Księcia do kangurowania, poproszono mnie też bym spróbowała go nakarmić. Od razu przyszła też do mnie pielęgniarka laktacyjna, pokazała mi różne rzeczy, dostałam masę ulotek i próbek, z próbkami herbatek włącznie :). Jednak najwspanialszy był pielęgniarz Eric. To jak on podchodził do dzieci... nigdy w życiu niczego podobnego nie widziałam. Kiedy brał dziecko w ręce - robił to tak delikatnie, z tak niesamowitą czułością i wyczuciem! Kiedy tylko wyczuwał najmniejsze zniecierpliwienie/obawę/negatywne odczucie ze strony dziecka to natychmiast zastygał, przerywał to co robi i czekał, aż dziecko znowu poczuje się dobrze. Był niesamowity! On i pielęgniarka, której imienia niestety nie pamiętam, nauczyli nas zmieniać pieluszki naszemu maluszkowi :). Był taki malutki, że w pieluszkach w rozmiarze 0 po prostu pływał.

Na oddział, mimo, iż to był oddział reanimacyjny, intensywnej opieki - rodzice mogli przychodzić na ile chcieli, kiedy chcieli, podczas całej doby. Zdarzyło nam się raz przyjść w nocy, kiedy z tęsknoty nie mogłam spać, tylko płakałam :). Trzeba było jedynie wyjść podczas wykonywania przez lekarzy procedur medycznych. Dyrektorem oddziału był wtedy wspaniały człowiek, przy przyjęciu każdego dziecka zawsze rozmawiał z rodzicami. Po każdym badaniu (nawet przez innych lekarzy) przychodził do nas (i innych rodziców) by powiedzieć co i jak. Był wspaniały.

Ze szpitala wypisano mnie w środę (po wyjęciu wszystkich zszywek z mojego brzucha - swoją drogą byłam przekonana, że wyjęcie zszywek będzie bolało, a tu zonk, okazało się, że nie mam w tym miejscu w ogóle czucia. Lekarze mówili, że być może wróci, ale minęły dwa lata, a ja dalej nie mam czucia w tej części brzucha.), zaraz po wypisie poszliśmy zjeść obiad w pobliskiej piekarni (wypisano mnie przed lunchem) - pamiętam jak dziwnie czułam się na zewnątrz, nie mogłam uwierzyć, że jestem poza szpitalem. Zjedliśmy placek a la cebularz, tylko, że zamiast cebuli na jednym z nich były same pomidory, a na drugim pieczarki. Pamiętam gdzie siedzieliśmy i jak siedzieliśmy, ale nie pamiętam co jedliśmy na deser. Chyba jakieś batoniki!

Po jedzeniu wróciliśmy do szpitala i poszliśmy jeszcze do NeoNat, a tam cudowna niespodzianka, Eric nam powiedział, że Mały Książę będzie miał wyjęty dzisiaj wieczorem wenflon, który miał przy sercu, w związku z powyższym jutro czeka nas pierwsza kąpiel, a w piątek, w piątek! W piątek Mały Książę zostanie zapakowany do fotelika i pojedzie do szpitala do Cannes, na zwykły oddział neonatologiczny! Tak bardzo się wcześniej baliśmy, że nie damy rady codziennie przyjeżdżać, że będziemy musieli coś wynająć w pobliżu szpitala w Nicei - a tu szpital nam taką zrobił przyjemność (pytali nas wcześniej, który szpital jest najbliżej nas - szpital w Cannes był od nas 7-10 minut samochodem).

Najgorsze w NeoNatcie były monitory, czujniki. Zsuwające się z nóżek, alarmujące...! Były też straszne momenty, kiedy to w innych salach nagle zaczynało się coś dziać i wszyscy lekarze i pielęgniarki biegły na pomoc, były reanimacje maluszków... Małego Księcia na szczęście to ominęło.

Wieczorem wyszliśmy ze szpitala i pojechaliśmy do domu. DO DOMU! To brzmiało tak egzotycznie, po tych tygodniach w szpitalu miałam wrażenie, że już nigdy z niego nie wyjdę, że już nigdy nie będzie dobrze (depresja swoje dołożyła), tymczasem jechaliśmy DO DOMU.

Przy wypisie dostaliśmy kolejne La Boite Rose, pełne dobroci dla maluszka i dla Mamy, ale o tych pudełkach napiszę przy innej okazji. Dostałam też plik recept, cukrzyca ciążowa minęła jak ręką odjął, ale ciśnienie dalej się utrzymywało wysokie, leki brałam jeszcze przez pół roku zanim całkowicie z nich zeszłam. Dostałam też skierowanie na kolejne morfologie oraz na usg nerek (którego koniec końców nie zrobiłam) bo prawie przestały mi działać pod koniec ciąży. Dostałam też numer telefonu do agencji pielęgniarek domowych w naszej okolicy, abyśmy zadzwonili się umówić, aby pielęgniarka codziennie przychodziła robić mi zastrzyki przeciwzakrzepowe. I jeszcze dostaliśmy kolejną receptę na pończochy uciskające, przeciwzakrzepowe (w szpitalu miałam wersję podkolanówkową, ale do domu przepisali mi pończochy, które zresztą okazały się być śliczne, z koronką na górze, samonośne, nikt by nie powiedział, że medyczne, bo wyglądały jak bardzo zmysłowy element stroju ;) ).

W drodze na szpitalny parking spotkaliśmy pilota helikoptera, który mnie do tego szpitala przywiózł (przyhelikopterował? hihi) - poznał mnie od razu, zaczął się dopytywać co u mnie, jak sytuacja - bardzo mi było miło, że mnie zapamiętał! A na następnym piętrze do windy weszła nasza ulubiona położna (która w ogóle tego dnia nie miała być w pracy) - miło było się z nią pożegnać, porozmawiać już nie na gruncie pacjent-położna. :)

Kiedy doszliśmy na parking, do naszego samochodu, kiedy wsiedliśmy do niego - zaczęłam płakać i nie mogłam przestać. To było tak surrealistyczne dla mnie, wyjście ze szpitala, już nie-bycie w ciąży, ale bez dziecka u boku.. Świadomość tego, że dziecko zostaje tylko kilometrów ode mnie, "samo", w szpitalu...




W domu czekała na nas moja Mama, która przyleciała do Francji już na samym początku stycznia i przez cały ten trudny czas dzielnie się wszystkim zajmowała, cudownie nam pomagała i wspierała. Tyle dla nas wtedy zrobiła!

Weszliśmy do domu, moja Mama przywitała nas Ptasim Mleczkiem - stałam z tym pudełkiem w ręku i nagle przez moment wszystko było takie.. normalne, że aż nie mogłam uwierzyć. Ryczałam jak bóbr, mój Francuz też, osunęliśmy się po ścianie, aż  w końcu oboje siedzieliśmy na podłodze, płacząc i jedząc ptasie mleczko jedno za drugim, a moja Mama nas oboje przytulała. Histeria normalnie ;).

A jak już weszliśmy dalej to zobaczyłam wszystkie te miniaturowe ubranka, które moja Mama uprała, poprasowała, poskładała i przygotowała dla Małego Księcia (gdy wylądowałam w szpitalu byłam w końcówce szóstego miesiąca, nie miałam niczego przygotowanego). Coś pięknego <3.

Następnego dnia, w czwartek, przyjechał Ojciec mojego Francuza i przywiózł nam niemalże wszystko czego moglibyśmy potrzebować, łóżeczko, duży cocoon-a-baby (mały dostaliśmy ze szpitala, ale o tym później), dwa łóżeczka turystyczne w różnych wielkościach, dwa kojce do zabawy, wanienkę, nosidełko, krzesełko do karmienia, ubranka, misie, ba, nawet wózek 3 w 1 (świetny wózek swoją drogą). Zjedliśmy z nim pizzę (jest ogromnym fanem pizzy) po czym zapakowaliśmy się do jego samochodu i pojechaliśmy do Nicei, żeby uczestniczyć w pierwszej kąpieli Małego Księcia (zdjęcia z pierwszej kąpieli w TEJ NOTCE - KLIK ).





W piątek chcieliśmy pojechać do Nicei sami, ale pielęgniarze nam odradzili, powiedzieli, że Mały Książę jest przygotowywany do podróży, jest z lekarzami, i tak nie moglibyśmy z nim być, nie moglibyśmy z nim także jechać w karetce - więc dla wszystkich byłoby lepiej gdybyśmy poczekali na niego już w Cannes. Także pojechaliśmy do Cannes, karetka miała przyjechać o 16... Byłam kompletnie spanikowana, bo przyjechali dopiero godzinę później. Mały Książę jechał w gondoli, jak król :), był ubrany ( - pierwszy raz widziałam go w ubranku! ). Na oddział został wniesiony przez ulubioną pielęgniarkę, która wręcz się wzruszyła, że się z nim rozstaje (ona zajmowała się nim najczęściej na NeoNatcie), a towarzyszyła im grupa ratowników medycznych. Ja siedziałam jak na szpilkach! (musiałam czekać aż zostanie oficjalnie przyjęty na oddział i dopiero potem do niego pójść) 

Na pożegnanie z NeoNatem w Nicei dostaliśmy wyprawkę od SOS Prema, a na powitanie w Cannes dostaliśmy Żabkę :).



O Cannes będzie w następnej części naszej historii :).

Tuesday, March 14, 2017

Dwadzieścia cztery miesiące (2 lata!) Małego Księcia :)

2017-01-22, 00:19

Wiek urodzeniowy: 2 lata!
Wiek korygowany (to już koniec z wiekiem korygowanym!): 22 miesiące (bez jednego dnia)

Waga: 13kg
Wzrost: pomiędzy 86 a 90, ale dokładnie sprawdzimy dopiero u lekarza na bilansie :) - [edit] czekałam na ten bilans, żeby dowiedzieć się paru rzeczy, ale wzrostu nie jestem w stanie dokładnie podać, bo zamiast go zmierzyć normalnie - pielęgniarki postanowiły włożyć Małego Księcia do specjalnej szuflady z miarką, dla niemowląt. Mały Książę oczywiście spanikował na całego, uciekł do mnie przerażony (wcale się nie dziwię), a pielęgniarki orzekły, że ma 86cm. No cóż, ubranka 86 są na niego od dawna już za małe, sięgają mu może do połowy łydki. W tej chwili nosi 92 i czasami 98... Ale niech będzie, że ma (najwyraźniej cały czas od grudnia) 86cm.

Włosy trochę mu ściemniały, wciąż mają złoty poblask, ale są zdecydowanie ciemniejsze. Oczy zielono-bursztynowe, szary kolor zniknął zupełnie :), przeważa bursztynowy, ale to zależy mocno od światła.

Mowa i rozumienie: rozumie doskonale większość tego co do niego mówimy, we wszystkich trzech językach. Dla niego to pewnie wciąż jeden język ;). Ładnie wykonuje polecenia, czy też spełnia prośby, niezależnie od języka, w którym je słyszy. Jeśli chodzi o mówienie to mówi dużo, aczkolwiek większości z tego co mówi jeszcze nie rozumiemy ;). Za to rozumiemy około 65 słów, które wypowiada (tyle mam zanotowanych). Zdecydowana mniejszość słów jest w języku francuskim, przoduje jednak angielski. Rozpoznaje litery (angielski alfabet) i cyfry (również po angielsku). Jego ulubione litery to O, A, S, H, B, X :). Ulubiona cyfra to 2, zwłaszcza, że dopiero co miał świeczkę urodzinową w kształcie dwójki i chodził, wszystkim ją pokazywał i dumnie powtarzał "two! two!". Wciąż nie mówi "tak" (ani yes, ani oui - zamiast tego w różnych sytuacjach woła radośnie "yay!"), za to do jego repertuaru dołączyło bardzo zmartwione "oh noooo!" (kiedy coś spadnie, coś się zepsuje, baterie się wyczerpią w zabawce itd itp). Zapytany czy czegoś chce, np. deser - jeśli nie chce, to zdecydowanie mówi "no.", ale jeśli chce to pokazuje dłonią, nie odpowiada "yes", ani "tak" i nie wiem jak go tego nauczyć. Pewnie sam się w końcu nauczy :). Wypowiada proste zdania :),

Na obrazkach rozpoznaje już emocje typu: gniew, szczęście, radość, smutek, strach. Nie rozumie wstydu i dumy. Uwielbia obrazki ze spaniem :D, często zabiera jakąś poduszkę i udaje, że śpi - każe wtedy być wszystkim cicho. Części ciała zna już od dawien dawna, klocki układa w wieżę i różne inne budowle, już nawet nie pamiętam od kiedy (a pani dr na bilansie zapytała czy umie ułożyć wieżę z pięciu klocków). Układa niektóre układanki - a niektóre kompletnie mu nie wychodzą. Uwielbia rysować, ale w sumie to też żadna nowość. Nowością jest kolorowanie obrazków oraz rysowanie różnych rzeczy i nazywanie ich :). Najbardziej lubi rysować pociągi (bo w ogóle ma teraz fazę na pociągi, już od kilku miesięcy) i samochody (wciąż je uwielbia). Kiedy rysuje pociąg najpierw rysuje kreseczki na dole, które są torami, a dopiero potem prostokąt na nich, który jest pociągiem. Zapytany bardzo chętnie opowiada o tym co narysował :).

Czasami układa samochodziki w jednej linii i robi sobie z nich pociąg. Przy czym ma osobne słowo na normalny samochód, osobne na taxi i osobne na samochody z kogutem. Autobus na razie określa gestem z piosenki "The wheels on the bus".

Nie ma żadnych problemów z dopasowywaniem dowolnych kształtów do miejsc, w których powinny te kształty się znajdować, a ostatnio na playgroupie spędził dobre 10 minut wkładając w dziurki malutkie kółeczka i miał z tego ogromną frajdę. Oczywiście kształty rozpoznaje i poproszony o nie w jednym z trzech naszych języków - je wskazuje.

Poza tym: biega, próbuje skakać, ale jeszcze nie umie oderwać się od ziemi; pięknie się wspina po różnych rzeczach (aczkolwiek nie ma wolnej ręki, zawsze jedno z nas jest koło niego by go asekurować). Umie chodzić na piętach, jeszcze nie umie chodzić na palcach, chociaż się stara. Reaguje błyskawicznie na "stop", i absolutnie uwielbia "three, two, ej, GO!" (zamiast one mówi ej). Jak tylko krzyknie "go" to zaczyna biec. Ale GO ma wszelakie zastosowania. Kiedy światła uliczne zmieniają się z czerwonych na zielone, woła "baba GO!" albo "daddy, GOOO!" (zależy kto prowadzi samochód ;) ). Kiedy ma dosyć czyjegoś towarzystwa mówi (na przykład): "GO Tato, baj Tato, baj Tato, Tato go". Go służy też jako "start" kiedy zaczyna jechać samochodzikiem/pociągiem.

Uwielbia też mówić bye - "baj", czule i długo żegna się z zabawkami, które zostają w wannie podczas kiedy on wychodzi z kąpieli "baj brum brum, baj ciuciu, baj quack, baj". Żegna się też tak z Tatusiem przed wyjściem do pracy, z Babcią... Również jak ma dosyć Skype'a z drugą Babcią to też zaczyna do niej wołać "baj, baj, baj" i machać papa. Na przywitanie mówi "hej" zamiennie z "hi".

Ostatnio zaczął odkładać rzeczy na miejsce - jeszcze nie cały czas i nie wszystkie, ale to dobry start.

Tutaj pewnie sporo osób by mnie zbeształo, ale Mały Książę ma własnego iPada - i potrafi (od dawna) świetnie go obsługiwać. Co na nim robi: ogląda kilka swoich ulubionych kreskówek (PJ Masks na YT, Puffin Rock na Netflixie), ale także ma bardzo dużo aplikacji edukacyjnych (z których naprawdę sporo się uczy!), kilka małych gierek (np. liczenie rybek, czy też pociągi z Duplo) oraz swoje piosenki z Super Simple Songs i Mothergoose Club. Również ma tam kilka programów do rysowania (używa między innymi kopii mojego ulubionego Procreate...!) oraz pisania  (np. IA Writer - uwielbia literki). Pomimo tego, że do urządzenia tego ma dość swobodny dostęp to po pierwsze, nigdy nie spędza przy nim czasu sam (zawsze przynajmniej jedno z nas jest obok), a po drugie, nie spędza przed ekranem dużej ilości czasu. Pewnie dlatego, że bardzo dużo robimy razem, nasze zabawy są dla niego atrakcyjne, a ekran po jakimś czasie (na szczęście) mu się nudzi. Dlaczego dostał swojego iPada i ma do niego dostęp? Bo kiedy już umiał tablet obsługiwać, a go nie miał - to wykorzystywał każdą okazję, żeby iPada mojego dorwać i potrafił się przy nim zamienić w Zombie, jeśli tylko z jakiegoś powodu nie dopilnowaliśmy czasu (a tak się niefortunnie złożyło, że np. w grudniu wszyscy troje dużo chorowaliśmy, więc tabletu było dużo).

Uwielbiam, kiedy pomaga mi w kuchni :). Dziadek Janek nam "zhakował" stołeczek z Ikei i zrobił wieżę kuchenną dla Małego Księcia (będzie na zdjęciach poniżej też). Świetna sprawa, taki pomocnik kuchenny!

Jak już jesteśmy przy kuchni - Mały Książę ma swoje preferencje, uwielbia sporo rzeczy, kilku nie lubi :). Z racji tego, że my (rodzice) jesteśmy wegetarianami, Mały Książę też nie je mięsa :).
Bardzo ładnie posługuje się widelcem i łyżką, jeśli chodzi o nóż to na razie używa go tylko do smarowania kanapki masłem. :)

W dalszym ciągu jest również karmiony piersią :).

Sam wchodzi i schodzi ze schodów, aczkolwiek woli komuś podać rękę niż trzymać się poręczy.

Był też na swoim pierwszym balu karnawałowym! :) A jeśli chodzi o pierwsze razy - to był też pierwszy raz u fryzjera :). Kupiliśmy też roczne wejściówki do ZOO, żeby móc skoczyć tam nawet na spacer na godzinkę, tak jak mieliśmy wejściówki roczne do Marineland (tęsknię za Marineland!).

Trafiła się nam też pierwsza smutna okazja, byliśmy razem na pogrzebie, bowiem zupełnie niespodziewanie umarł mój Dziadek. :(

Uczy się też czytać (metodą Domana) i całkiem nieźle mu to wychodzi, zwłaszcza biorąc pod uwagę mój brak konsekwencji i zapominanie o ćwiczeniach ;). 

Ulubione zwierzęta Małego Księcia to: lwy, tygrysy, węże oraz maskonury. :D

Czy o czymś zapomniałam? Pewnie tak ;), trudno!

**
Piszę ten post na raty już chyba przez miesiąc, jest strasznie chaotyczny :D, ale tak to jest jak się piszę po jednym/dwóch zdaniach.

"Kilka" zdjęć :).



































W sumie to zapomniałabym o najważniejszym: Mały Książę nie ma żadnych oznak wcześniactwa i z dniem dzisiejszym zapominamy o wieku korygowanym i o tym, że urodził się ponad dwa miesiące za wcześnie :)))).